Grudniowa Toskania

Wszystko co dobre, szybko się kończy. Tak jest z każdym naszym wyjazdem. Niestety…

Jest to ostatni wpis związany ze świątecznym wypadem do Toskanii. O czym by tu napisać, skoro tego magicznego miejsca człowiek nie jest w stanie zamknąć w słowach czy zdjęciach.

Hmm. Przedstawię Wam okolice, w których tak naprawdę spędziłam ten wolny czas.

Montespertoli

jest uroczym miasteczkiem, z klasycznie wąskimi uliczkami, zapierającymi dech w piersiach widokami – przecież w nazwie mamy „Monte” ;), lokalnym winem i dwoma placami głównymi. Jeden z nich położony jest przy kościele i znacznie mniejszy od tego drugiego, stanowiącego serce miasta. Nie dlatego że obok mieści się siedziba władz… Przy placu są cukiernie z zapachem, który skusi nawet najbardziej opornego na słodkości człowieka, znajdzie się jakaś kawiarnia, skąd ulatuje aromat klasycznej włoskiej kawy. Poza tym plac otacza kilka sklepów i lodziarnie (w okresie zimowym jest tu mały problem z lodami, zwyczajnie ich nie ma).

Podsumowując – miejsce w sam raz do poczytania lub spotkania się ze znajomymi.

Jak już wcześniej wspomniałam, dookoła miejscowości jest wiele ciekawych miejsc, do których traficie na rowerze lub biegając, będę się upierać że wyżej wymienione formy są najlepsze jeżeli chodzi o wypoczynek i dokładne poznawanie okolic.

Pierwszy przejazd rowerem to dystans niecałych 17 km po górkach i górach w kierunku Poppiano. Pnąc się w górę co chwila odwracałam głowę by rozkoszować się przepiękną panoramą. Samo Poppiano słynie z zamku na wzgórzu i starego kościoła, a wszystko to z winnicami w tle. Oczy cieszy również wąska jezdnia przypominającą bardziej ścieżkę rowerową, ale niech Was to nie zwiedzie, jest to droga dwukierunkowa, normalna dla krajobrazu Toskanii. Walcząc z „selfiebadylem” usiłowałam zrobić jakieś rozsądne zdjęcie ale modelka chyba nie ta, w konsekwencji czego zdjęcia nie ma…

Pętle zamknęłam najpierw szybkim, długim zjazdem a później również długim ale już powolnym podjazdem. Mój trzeszczący rumak, brak butów SPD i „kask” sprawiały, że wyglądałam jak totalny amator. Jedynie kurtka mogła sugerować, że jednak mam jakieś pojęcie o jeździe rowerem. Na podjazdach, podczas gdy wypluwałam płuca i walczyłam o życie, otuchy dodawali mi nadjeżdżających z naprzeciwka kolarze – podnosili kciuk ku górze dając sygnał, że będzie dobrze.

Taka wykrzywiona morda i uśmiech przez zaciśnięte zęby… 😀

Przed wyjazdem do Sieny poszłam pobiegać, jednak mgła sprawiła że krajobrazu podziwiać nie mogłam, chociaż mej uwadze nie umknął punkt gastronomiczny. 😉

Kilka dni później postanowiłam nadrobić straty przy kolejnym treningu rowerowym. Aura tym razem sprzyjała, piękne słońce pozwoliło spojrzeć w dal i poddać ocenie tak zachwalaną trasę z Montespertoli do Montelupo – naprawdę warto!

Jedyne czego żałuje, to że nie miałam czasu na dłuższe wojaże po okolicach.

Poza nogami i rowerem, mym środkiem transportu była alfa. Dzięki niej poznałam okoliczne wzniesienia i serpentyny, które nie były uwzględnione (z wiadomych względów) podczas „treningów”.

Na szczególną uwagę zasługuje położony bardzo blisko Castello di Montegufoni (klik dla zainteresowanych), który urzekł mnie swym tłem historycznym, położeniem a zarazem spokojem. Spacer po okolicach zamku w mglistej atmosferze dodawał mu baśniowego uroku.

W otoczeniu zamku znajduje się mały park, ogród, basen i dużo cytryn, których waga sprawia, że gałęzie drzewek uginają się maksymalnie. Na okres zimy trafiają one do miejsca, które w lecie stanowi jedną z sal (np. na wesela). Warto również zatrzymać się i rzucić okiem na rzeźby wykonane z muszli. Naruszył je ząb czasu, jednak wciąż zachwycają – proszę byście do nich nie podchodzili i nie macali ścian by sprawdzić czy oby na pewno są tu muszle… Takie działania sprawiają, że rzeźby kruszeją 🙁

Tydzień aktywnego wypoczynku w malowniczym regionie Włoch jakim jest Toskania przypomniał również o smakach związanych z tym krajem. Świątecznych tradycyjnych babek spożyłam tyle, że waga oszalała na mój widok.

Jeden szybki skok do Scandicci (gdzie tydzień później grała Foppa…) skończył się ucztą z owocami morza, pizzą i winem w tle. A skoro już o winie mowa, to czy ktoś z Was próbował Vin Santo Toscano?

Tego wieczoru nie mogło również zabraknąć Florencji. Celem był wyłącznie Plac Michała Anioła. Główną przyczyną tak ekspresowego wypadu była niestety mroźna pogoda. Niemniej jednak warto udać się w to miejsce chociaż na 15 minut, bowiem stąd rozpościera się widok na miasto i jego najważniejsze zabytki, oraz samobójców 😉

Co Was urzekło w Toskanii? Podsyłajcie swoje fotki i komentarze!

Znacie okolice Montespertoli, które warto odwiedzić – piszcie koniecznie, ponieważ już wkrótce toskańskiej przygody ciąg dalszy 😉

Ola, Rafał – dziękuję i do zobaczenia!

 

Ciao

Sandra Mielczarek
a.k.a #13

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *