Lizbona. Muzyka moich ulic

Przez jakiś czas w mojej głowie krzątała się Portugalia, konkretniej dwa największe miasta – Lizbona oraz Porto.

Jeden z weekendów spędzonych w pociągu jeszcze bardziej spotęgował potrzebę wyjazdu w te miejsca. Najpierw artykuł w jakimś archiwalnym już numerze Poznaj Świat a później album ze zdjęciami udostępniony przez kuzynkę. Kilka godzin w pociągu a ja już sprawdzałam jak dostać się do Lizbony. Całe szczęście na drugi dzień już „twardo” stąpałam po ziemi i zrezygnowałam z szalonego pomysłu, a przynajmniej przekładałam go na dalszą półkę z marzeniami skrzętnie ukrywaną w głowie. Nie na długo…

… raptem na jakieś dwa dni. Dźwięk dzwonka telefonu poderwał mnie z kanapy. Mysza… I jej pytanie. Odwiedzicie mnie w Lizbonie… To już był znak. Naprawdę. Nie mogłam powiedzieć NIE. Liczba mnoga sugeruje, że nie będę sama. Mój współlokator również stał się częścią tegoż szalonego pomysłu. Wiadomo – w grupie lepsza motywacja. Siadłam do komputera i przez kilka godzin sprawdzałam (ponownie) połączenia lotnicze.
Skoro już latać to trzeba zaszaleć. Na październik / listopad planowałam wizytę w Manchesterze, a że ten ma połączenie z Portugalią bardzo dogodne to nie miałam powodów by się dłużej zastanawiać.

Ostatecznie zdecydowałam się na połączenie Poznań → Doncaster → Manchester → Lizbona → Porto → Londyn → Poznań… Koszt samych przelotów – w granicach 650 zł
Zgodnie z tradycją zakup biletów musi wiązać się z jakimiś problemami. Ryanair odwołał nam lot z Porto do Londynu i trzeba było kombinować 😀 Do odlotu jeszcze trochę czasu, ale miejmy nadzieję, że już nic się nie zmieni.

W międzyczasie moją biblioteczkę zaczęły wypełniać przewodniki po Portugalii, ale żaden nie był tak dobry jak książka Pana Kydryńskiego

„Lizbona. Muzyka moich ulic”

„To, spośród niezliczonej ilości, moja wersja historii jednego miejsca na ziemi. Zaledwie chwila jego istnienia: siedemset dni twarzy, smaków, zapachów, dźwięków, nastrojów. Ciekawe, że jeśli dokładnie w tych samych dniach próbowałby portretować Lizbonę ktokolwiek inny, powstała by całkowicie odmienna książeczka”.

Jeśli w długie jesienne wieczory chcecie przenieść się na ulicę nie tak dawnej jeszcze Lizbony, zrozumieć czym jest FADO i „porozmawiać” z kimś pełnym pasji to koniecznie zanurzcie się w tę lekturę. Pan Marcin zaskoczył mnie kolejny raz. Jego wiedza muzyczna nie jest dla nikogo tajemnicą, a jednak… w tej książce wie jak sprawić czytelnikowi niespodziankę. Podobnie jest z fotografią. Tak nieoczywista. Na próżno szukać zdjęć najpopularniejszych monumentów, idealnej ekspozycji turystycznych krajobrazów, czy atrakcji bez ludzi w tle. To są miejsca i ludzie zatrzymani w obiektywie, tak zwyczajne. Fotografie tego co dzieje się na ulicach, którymi zwykł spacerować autor. Nie ma w nich sztuczności a zarazem są przepiękne. Ja zapewne zaprezentuję Wam Lizbonę w fotografiach niższych lotów – przecież muszę Wam pokazać najważniejsze atrakcje miasta. Chociaż nieśmiało powiem, że trasę spaceru ułożyłam pod to co znalazłam w książce. Nie dało się inaczej… Co chwila musiałam sięgać po długopis i notować na marginesie cenne wskazówki autora.
Zobaczymy jak będzie. Zobaczymy czy odnajdę tę magię, którą nosiła jeszcze kilka lat temu, przed nalotem turystów Lizbona. Lizbona Marcina Kydryńskiego. Tymczasem zasłuchuję się dźwiękami pełnego smutku, żalu i tęsknoty fado.

Marcina Kydryńskiego sen o Lizbonie

Siesta

Macie jakieś sugestie dokąd powinnam się udać? Przyda się też kilka rad związanych z Porto, którego jeszcze w ogóle nie zaplanowałam. Jeśli tak to piszcie – kalendarz trzeba zapełniać ciekawostkami 😉

 

 

Sandra Mielczarek
a.k.a #13

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *